Dziś w rozmowach przy zielonym stole moim gościem będzie wspaniała Kobieta – Bożena Burzyńska. Wskoczcie na Jej stronę i zapoznajcie się dokładnie z Jej przekazem i wszystkim, czym się dzieli, aby wspierać innych: https://bozenaburzynska.pl.

A tak Bożena mówi o sobie: rozwijam to, co mam, by osiągnąć to, czego pragnę, ponieważ wierzę, że marzenia to prezent, który warto rozpakować. Dzielę się tym z innymi poprzez nagrania, wpisy, warsztaty oraz indywidualne sesje. Prywatnie jestem żoną Andrzeja oraz mamą Pawła i Filipa.

Edyta Skorupska: W jaki sposób spędzasz wolny czas?

Bożena Burzyńska: Czas wolny spędzam tak, jak go sobie zorganizuję ;) Bywa, że nie organizuję nic, tylko otwieram się na to, co przyjdzie mi do głowy – na przykład pracuję w ogrodzie (mam mały warzywniak i trochę kwiatów) albo spontanicznie zapraszam znajomych.

Mam męża, dwóch synów i dwa psy, więc często wolny czas spędzamy razem. Czasami organizujemy jakieś wycieczki, ale przez pandemię dużo czasu spędzamy w domu i na podwórku. Lubię grać w planszówki – ostatnio naszymi ulubionymi grami są: Rummikub, Mexican Train, Splendor i Phase 10. Bywają takie okresy, kiedy gramy na okrągło, ale i takie, gdy nikt nie chce nawet słyszeć o wspólnym graniu, bo nam się „przejadło”.

Bardzo lubię odnawiać meble. Lubię zmieniać, trochę sprawdzać i eksperymentować. Ostatnio zajęłam się zmianą tapicerki na ośmiu krzesłach z odzysku. Siedziska z brązowej dermy wymieniłam na plusz w różnych kolorach. Teraz zastanawiam się nad kolorem drewnianych nóg.

Największą satysfakcję odczuwam, kiedy się okazuje, że niby brzydka i bezużyteczna rzecz może dać wiele radości i jeszcze służyć przez kolejne lata.

Uwielbiam się przyglądać, jak coś jest wykonane. Ekscytuje mnie, że ktoś lata wcześniej na tyle dobrze wykonał swoją pracę, że wiele osób mogło z tego skorzystać. Nie przejmuję się zbytnio, że coś nie jest idealne – ważniejsze jest dla mnie, że jest przydatne i ma swoją historię.

Największym projektem, jaki do tej pory wykonałam, był ponadstuletni kredens. Nasz sąsiad, z zamiłowania stolarz, dostał go od kogoś, bo tamten chciał go wyrzucić. Spotkaliśmy się w momencie, gdy wiózł go na tył domu do pocięcia na mniejsze elementy. Wtedy zapytał, czy nie chciałabym takiego mebla. Wiedział, że lubię ratować różne rzeczy. Czasami nawet myślę sobie, że trochę liczył na to, że mnie spotka i nie będzie musiał niszczyć tego mebla. Bez namysłu zgodziłam się przyjąć prezent. Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, jak dużego podjęłam się wyzwania. Usunięcie wielu warstw starej farby zajęło mi kilka tygodni. Długo można by o tym opowiadać. Ostatecznie mebel służy mi jako tło do nagrań na Youtube, które tworzę. Stał się dla mnie symbolem tego, czym zajmuję się w swojej pracy.

E.S: Na czym polega Twoja praca? Skąd wziął się pomysł na to, co robisz?

B.B.: Dla tych, którzy mnie nie znają, powiem na początek, że moja praca nie polega na odnawianiu mebli.

W swojej firmie prowadzę klientów w odkrywaniu i rozwijaniu ich potencjału. Napisałam książkę: „Bliżej siebie bliżej marzeń”, w której opisuję swoją historię i cały proces dążenia do realizacji marzeń.

Wierzę, że każdy z nas ma w sobie potencjał do rozwijania się. Nie tylko osiąganie celów, ale także właściwe dążenie do nich sprawia, że życie jest bardziej satysfakcjonujące.

Kiedy zyskujemy większą świadomość i poznajemy siebie, zadziwia nas fakt, że tak cudownie jesteśmy stworzeni. Z drugiej strony kiedy odkryjemy już swoje marzenia, to często zaczyna się ciężka praca nad charakterem i rozwijaniem tego, co dostaliśmy od życia.

Bywa, że coś nas przerasta, bywa, że chcemy się poddać, bywa, że potrzebujemy innych ludzi, aby nam pomogli, coś pokazali, czegoś nauczyli.

A po jakimś czasie okazuje się, że możemy się cieszyć owocami swojej pracy i potrafimy doceniać, jak dobrze jest żyć. I chociaż wcześniej nie zawsze mieliśmy pewność, czy warto się tak starać, to w rezultacie po owocach poznajemy, że tak – było warto.

Pomysł na firmę był tak naprawdę wynikiem naturalnego procesu, jaki przeszłam. Od zawsze dzieliłam się z ludźmi tym, co odkryłam i uważałam za wartościowe. Razem z mężem prowadziliśmy firmę szkoleniową, ale postanowiłam się z niej wycofać, kiedy zdecydowaliśmy się na dzieci. Gdy synowie trochę podrośli, kilkukrotnie próbowałam wrócić do firmy, ale za każdym razem było za wcześnie. Wydawało mi się wtedy, że ze mną jest coś nie tak, że tylko ja jedna nie potrafię na sto procent zaangażować się w rodzinę i pracę jednocześnie. Dziś wydaje mi się to zabawne, ale kilkanaście lat temu popularny był podział na kobiety, które w magiczny sposób radziły sobie ze wszystkim i takie, które miały miano kury domowej, bo nie pracowały zawodowo.

Bardzo bałam się być kurą domową. Nie rozumiałam, że to bardziej stan umysłu niż kwestia tego, czy chodzę do pracy. Trochę mi zajęło zrozumienie, że w życiu są różne sezony, a docenianie i rozwijanie tego, co się ma, jest ważniejsze niż stwarzanie pozorów albo nieustanny wysiłek ponad siły dla cudzych opinii.

E.S: Czy uprawiasz jakiś sport?

B.B.: Chodzę na zajęcia prowadzone przez moją znajomą. Ćwiczymy według jej autorskiego programu: Świadomy ruch – zdrowy kręgosłup. W czasie pandemii ćwiczyłyśmy on-line, ale to już było dla mnie większe wyzwanie, bo w sporcie najbardziej lubię to, że są ludzie.

 

E.S: Jak wyglądają Twoje poranki? Czym rożni się zwykły dzień od weekendów?

B.B.: Oboje z mężem pracujemy głównie z biura w domu. Kiedy dzieci chodzą do szkoły, pomagam im się przygotować i odprowadzam je pod szkołę. Mieszkamy blisko, więc chodzimy pieszo. Zawsze marzyłam, aby nie musieć zbyt wcześnie wstawać i zazwyczaj wstaję ok. 7.15. Odprowadzam dzieci do szkoły na 8.10, wracam do domu, jem z mężem śniadanie, rozmawiamy i każdy z nas zajmuje się swoją pracą.

W weekendy bywa różnie. Mam nienormowany czas pracy, dlatego czasami mam wolne w tygodniu, a pracuję w weekend, bo jadę na jakąś konferencję lub szkolenie.

Wolny weekend od zwykłego dnia różni się tym, że nie pracuję. W sobotę każdy z nas może spać, ile ma ochotę, i nie umawiamy się na konkretną godzinę na śniadanie. Często spotykamy się ze znajomymi lub jedziemy na wycieczkę, czasami do dziadków. Co jakiś czas planujemy po prostu nicnierobienie, innym razem część soboty poświęcamy na większe porządki.

Trochę mi zajęło zrozumienie, że w życiu są różne sezony, a docenianie i rozwijanie tego, co się ma, jest ważniejsze niż stwarzanie pozorów albo nieustanny wysiłek ponad siły dla cudzych opinii.

E.S: Opisz swoje ulubione posiłki (może to coś domowego, szarlotka babci, albo danie w jakiejś ulubionej knajpce).

B.B.: Ulubione jedzenie najczęściej wiąże się z konkretnymi miejscami i ludźmi. Lubię ryby smażone i pieczone, bo kojarzą mi się z morzem, które uwielbiam. Zjem każde ilości czereśni, najlepiej prosto z drzewa, bo przypominają mi dzieciństwo. Z ciast bardzo lubię sernik, byleby nie był z pianką i zbyt dużą ilością cukru. Z dań bezmięsnych lubię praktycznie wszystko, co ładnie wygląda. Im mniej musiałam się zaangażować w przygotowanie jakiegoś posiłku, tym bardziej mi on smakuje. Jedna rzecz, której nie zjem, to przygotowanej przez kogoś kanapki – ta niechęć też wynika z pewnego doświadczenia.

 

E.S: Czy dbasz o zdrowie? Czy dobre nawyki żywieniowe/życiowe są dla Ciebie ważne?

B.B.: Staram się dbać o każdą dziedzinę życia, także o zdrowie fizyczne. Co jakiś czas przyglądam się swojemu życiu. Badam, na ile odczuwam satysfakcję w poszczególnych dziedzinach, i określam, na ile ważne jest dla mnie, żeby w danym momencie bardziej się w coś zaangażować po to, by cieszyć się większą harmonią w życiu. W praktyce bardzo dużo zmian żywieniowych wprowadziliśmy do naszego życia, kiedy przygotowywałam się do ciąży i gdy rodziły się dzieci.

Jeśli chodzi o jakiekolwiek strategie na osiąganie marzeń w poszczególnych dziedzinach życia, stosuję jedną zasadę: strategia ma służyć mnie, a nie ja strategii. Podobnie jest z odżywianiem. Z reguły nie jem mięsa, ale to nie jest zasada, którą sobie narzuciłam. Staram się świadomie wybierać to, co jem, ale nie biorę udziału w konkursach, czy wszystko w moim domu jest według czyichś norm.

 

E.S: Czy na co dzień gotujesz zdrowo? Jakie kolory pożywienia królują w Twojej kuchni?

B.B.: Żeby odpowiedzieć na tak zadane pytanie, potrzebowałabym wiedzieć, co rozumiesz przez określenie „zdrowo”. Przyjmując, że zdrowo to tak, żeby dostarczyć to, czego potrzebuje moje ciało, a czasami umysł, to staram się za tym podążać.

 

E.S: Czy lubisz i czy jadasz słodycze? Co sądzisz o uzależnieniu od cukru – jak jest w Twoim życiu?

B.B.: Lubię słodycze: sernik, wafelki grześki, cukierki kokosowe i czekoladę z orzechami. Jadam słodycze. Czasami robimy sobie detoks od cukru, np. jemy tylko wybrane warzywa. Każde uzależnienie nie służy zdrowiu, każde uzależnienie z czegoś wynika i niesie ze sobą konkretne konsekwencje.

Żyję zgodnie z tym, w co wierzę. Nie próbuję wpasowywać się w żadne ustalane przez kogoś ramy. Najważniejsze są dla mnie małe kroki i stałe nawyki, a nie wielkie zrywy. Od lat staram się być świadoma tego, co służy mojemu ciału, a co nie, i iść w tę właściwą stronę. Raz wychodzi mi to lepiej, a innym razem gorzej, ale raczej jestem stabilna. Nie lubię skrajności – ani fanatyzmu, ani ignorancji – kieruję się zdrowym rozsądkiem.

 

E.S: Co sądzisz o modzie na „zdrowe gotowanie”?

B.B.: Nie za bardzo interesuję się tym, co modne, więc trudno mi się wypowiadać na temat mody. Jeśli chodzi o to, że od jakiegoś czasu więcej mówi się o tym, co może służyć naszemu zdrowiu fizycznemu, to cieszę się, że ludzie mają łatwiejszy dostęp do wiedzy oraz możliwość świadomego wyboru tego, co będą jedli. To, co mnie irytuje, to marnotrawstwo – nie tylko jedzenia.

Najważniejsze są dla mnie małe kroki i stałe nawyki, a nie wielkie zrywy. Od lat staram się być świadoma tego, co służy mojemu ciału, a co nie, i iść w tę właściwą stronę.

E.S: Czy masz do polecenia jakieś swoje odkrycia: mam na myśli zdrowe kosmetyki, ciuchy, lub inne rzeczy, które wytwarzane są w małych manufakturach i mają wysoką jakość?

B.B.: W tej dziedzinie nie czuję się odkrywcą. Korzystam raczej z odkryć osób takich jak Ty i bardzo się cieszę, że jako ludzie mamy w sobie potrzebę przyczyniania się do dobra innych.

 

E.S: Z czym kojarzy Ci się kolor zielony?

B.B.: Z drzewami. W dzieciństwie obok mojego domu rosły ogromne drzewa i teraz też z okien mam widok na blisko stuletnie lipy.

 

E.S: Jakie książki czytasz?

B.B.: Czytam Biblię, żeby budować relację z Bogiem. Książki rozwojowe, żeby się uczyć, biograficzne, żeby się inspirować, i powieści, żeby się oderwać od codzienności.

E.S: Co Cię inspiruje w życiu?

B.B.: Inni ludzie, ich historie, zaangażowanie. Lubię spotykać się z ludźmi, którzy angażują się w to, co robią, mają odwagę się tym dzielić, a jednocześnie szanują tych, z którymi się nie zgadzają.

 

E.S: Za co chcesz sobie podziękować?

B.B.: Dziękuję sobie za odwagę szukania i życia zgodnie z tym, w co wierzę. Przy czym podkreślę tylko, że dla mnie odwaga to nie jest brak lęku, ale działanie pomimo lęku.

 

E.S: Czy jest coś ważnego w Twoim życiu czym chciałabyś się podzielić z innymi kobietami? Jakaś jedna, mocna rzecz?

B.B.: W tym miejscu mogę przytoczyć moje życiowe motto. Kieruję się nim od lat i cały czas jest dla mnie aktualne: „Rozwijaj to, co masz, by osiągnąć to, czego pragniesz”.

To proste zdanie, ale skrywa w sobie zadanie na całe życie. Żeby coś rozwijać, najpierw trzeba umieć to dostrzec i docenić – w tym pomaga postawa wdzięczności. Żeby odkryć swoje prawdziwe pragnienia, warto poznać siebie i swoje marzenia. Żeby rozwijać to, co się ma, potrzebna jest mądrość i balans między dążeniem do celu a cieszeniem się z procesu, w którym bierzemy udział – w tym pomagają małe kroki.

 

E.S: Czy jest jakaś kobieta, którą chciałabyś zaprosić do kolejnej rozmowy przy zielonym stole?

B.B.: Jedną z kobiet, z którymi lubię rozmawiać, jest Karolina Garlej-Zgorzelska, autorka książki dla dzieci pt. „O chłopcu, który spotkał anioła”. I ją chciałabym zaprosić.

„Rozwijaj to, co masz, by osiągnąć to, czego pragniesz”.
To proste zdanie, ale skrywa w sobie zadanie na całe życie.

Przepis

Gotowanie nie jest moją pasją. Staram się, aby potrawy były proste i nie zajmowały dużo czasu. Kiedy ugotuję coś raz czy dwa, później często improwizuję i ostatecznie mam pewien problem z podaniem przepisu.

Lubię soczewicę z brązowym ryżem. Z tym przepisem wiąże się wiele wspomnień, dostałam go od znajomej. To jedna z prostych potraw, która dobrze smakuje także następnego dnia.

SKŁADNIKI:

  • 1 szklanka zielonej soczewicy
  • 1 szklanka brązowego ryżu
  • 1 czerwona cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • pieprz ziołowy i kminek do smaku

Przygotowanie:

Soczewicę i ryż opłukać i ugotować w osobnych garnkach według instrukcji. Cebulę pokroić i zeszklić na patelni. Dodać ryż, soczewicę oraz przyprawy, w razie potrzeby dolać trochę wody. Całość wymieszać i dusić pod przykryciem ok. 20 min.

Przed podaniem warto uformować soczewicę w kształt babeczki i przystroić natką pietruszki.

Chcesz dostawać informacje o kolejnych rozmowach?

Rozmowy przy Zielonym Stole

To miejsce spotkań dla kobiet w życiu których pasja przeplata się z pracą,
a praca jest pasją! Będzie inspirująco, zielono, twórczo, zdrowo i radośnie.