Bieganie zawsze było moją piętą Achillesową. Już od szkoły podstawowej kojarzyło mi się z nadludzkim wysiłkiem. Wciąż kombinowałam jak ominąć W-F, gdy wiedziałam, że zaplanowane było bieganie.

Pamiętam jakby to było dziś – mój pierwszy długodystansowy bieg, a w zasadzie koszmar, który zakończył się wymiotami. W-F mieliśmy zaraz po długiej przerwie, na której jedliśmy obiad – zawsze składający się z dwóch dań, popijany dwoma kompotami. Potem bieganie, bez przygotowania, bez rozgrzewki – ale na ocenę i na czas. Zawsze był stres, zawsze była konkurencja, zawsze (wtedy) było to dla mnie bez sensu.

Nie byłam dzieckiem stroniącym od sportu. Przez kilka lat grałam w koszykówkę i piłkę ręczną. Miałyśmy mocną, szkolną drużynę – treningi odbywały się 3 lub 4 razy w tygodniu. Chodziłyśmy na SKS. Było wspaniale – jeździłyśmy na zawody. Biegałyśmy szybko i czułyśmy się świetnie. Jednak stanięcie na starcie do biegu długodystansowego na zaliczenie zawsze przyprawiało mnie o mdłości.

Weszłam w dorosłe życie z poczuciem że bieganie jest nie dla mnie, że męczy ponad siły, że nie daje niczego, oprócz mdłości, palpitacji serca, zadyszki, wymiotów i poczucia porażki.

Przyszedł jednak czas, gdy pomyślałam, aby znowu spróbować. Było to 3 miesiące po urodzeniu mojej córeczki Antosi – mojego 3 dziecka. Założyłam adidasy i biegałam najszybciej jak się da po parku, po to, aby zaliczyć kilka okrążeń. Umówiłam się z sąsiadką, że będziemy biegały o 6 rano, co drugi dzień, po 3km. Bez rozgrzewki, bez rozciągania. Po 3 miesiącach moje prawe kolano postanowiło zastrajkować. Kolejne 3 miesiące, kulejąc wracałam do normalnego chodzenia. Zapomniałam o bieganiu na bardzo długo.

Jednak porażka nie nauczyła mnie niczego. Znów spróbowałam i tym razem mój „ciąg” trwał trochę dłużej – biegałam regularnie przez 4 miesiące. I znowu kolano dało o sobie znać. Wtedy pierwszy raz usłyszałam o tym, że gdzieś w Japonii jest  profesor, który zachęca do biegania z uśmiechem na ustach. Już wtedy biegałam ze znajomą, z którą miałyśmy zawsze bardzo dużo rzeczy do omówienia, dlatego biegałyśmy wolniej. Ogromnym odkryciem było to, że biegnąc wolniej mogłam zrobić dużo dłuższy dystans. Po 3, 4 a nawet 5 km nie miałam zbytniego problemu ze złapaniem oddechu.

Wolne bieganie zaczęło mi się podobać, ale nie podejrzewałam jeszcze, że stanie się moją ulubioną formą aktywności.

I znów zrobiłam sobie przerwę, była lekka kontuzja, znudzenie, niechęć głowy. Nie umiałam jeszcze pogodzić bycia potrójną, zapracowaną mamą z dbaniem o siebie i własne potrzeby.

W końcu pomysł dojrzał w mojej głowie, uleżał się i postanowił zagościć w moim życiu. Często tak mam, że długo się nad czymś zastanawiam, chodzę obok tego i oglądam, ale jak już podejmę wewnętrzną decyzję, która jest w stu procentach w zgodzie ze mną, to wchodzę w to, jak w masło. Tak było z rzuceniem kawy 7 lat temu i z rzuceniem słodyczy (TAK! nawet tych zdrowych) – prawie rok temu.

Postanowiłam biegać w rytmie slow i jak do tej pory nie mogę się zatrzymać i co najprzyjemniejsze wiele osób do mnie dołącza mówiąc, że nigdy nie przypuszczaliby że są w stanie przebiec 3, 5, 10km i że to wielki sukces w ich życiu, który pociąga za sobą inne dobre nawyki.

O co w ogóle chodzi w tym slow joggingu? Oto kilka najważniejszych zasad.

  1. W slow joggingu świadomie lądujemy na śródstopiu – podczas takiego lądowania wykorzystujemy nasze naturalne sprężyny. Gdzie to dokładnie jest możemy sprawdzić podskakując, albo biegnąc w tył. To właśnie dokładnie to miejsce na które w tych aktywnościach opada twoja stopa. Lądowanie na śródstopiu nie obciąża ciała i jest bardzo efektywne.
  2. Biegamy tempem niko niko – jest to tempo, które nie powoduje zmęczenia i pozwala nam na swobodną rozmowę. To tempo spaceru, chodu – my staramy się nim biegać. Jest ono dla nas łatwe i przyjemne i nie powoduje zadyszki.
  3. Staramy się biegać małymi kroczkami. Naszym celem jest 45 kroków na 15 sekund – warto zmierzyć to na początku przygody ze slow joggingiem, aby mieć pojęcie o co tutaj chodzi. Zbyt długie kroki mogą obciążyć nasze ciało i utrudnić lądowanie na śródstopiu.
  4. W czasie biegu oddychamy naturalnie, a ramiona mamy rozluźnione. Mamy wyprostowane plecy i podbródek lekko skierowany ku górze, a wzrok na wysokości horyzontu.

Jeśli chcesz to obejrzyj filmik z profesorem Hiroakim Tanaką i podpatrz mistrza.

Może masz ochotę, tak jak ja, rozpocząć swoją przygodę ze slow joggingiem – jeśli tak to mam dla Ciebie kilka pomysłów – jeśli coś ci się spodoba to weź, zapraszam.

    1. Zacznij od maleńkich kroków – ja szłam do parku 300 metrów, tylko po to, aby przebiec 200. Trwało to jakiś czas, potem systematycznie zwiększałam dystans.
    2. Biegaj tak, abyś czuła się komfortowo – jeśli bardzo szybko się męczysz, zwolnij, albo zacznij od marszu. Możesz też przeplatać marsz z chodem – to jest jak najbardziej ok.
    3. Wpisz trening w kalendarz (masz w ogóle coś takiego?) i traktuj go jak bardzo ważne spotkanie – absolutnie nie możesz go odwołać.
    4. Nie dyskutuj ze swoją głową – po prostu załóż buty, dresy i wyjdź – pogadasz ze sobą jak wrócisz.
    5. Umów się z kimś – to dodatkowa motywacja – głupio ci będzie nie przyjść. Ja biegam ze znajomymi dziewczynami o 6 rano. Wszystkie jesteśmy mamami i dajemy radę.
    6. Najważniejsze: znajdź swoją formę ruchu – coś co będzie ci w 100% odpowiadało, co będzie twoje. Dla mnie jest to slow jogging, ale nikt nie namówiłby mnie do nordic walkingu, którego nie znoszę. Popróbuj i zobacz w czym będziesz się dobrze czuła.
    7. Nie pozwól, aby inni sprowadzali cię na manowce. Szczególnie najbliżsi.
    8. Zastanów się co jeszcze możesz zmienić (niech to będzie malutka rzecz – może zaczniesz pić wodę?) i wprowadź ten nawyk w życie. Jeśli chcesz to pobierz i wydrukuj mój planer, który może pomóc.

A Ty co myślisz o slow joggingu i o bieganiu w ogóle? Dasz znać w komentarzu?